Nadchodzi dzień służby. Wstajesz rano, szybko zabierasz ze sobą potrzebne rzeczy i udajesz się pełny entuzjazmu do Twojej Jednostki Ratowniczo – Gaśniczej. To Twoja wymarzona robota, wiesz, że jesteś dobry, a czas w towarzystwie kumpli po fachu leci szybko i przyjemnie. W drodze do pracy wstępujesz jeszcze do ulubionej cukierni po ciasto dla strażaków dla swojej zmiany. To taka tradycja, każdy przynosi różnego rodzaju przysmaki. Ot, dobre rozpoczęcie pracy. Taki dzień nie mógł się również zacząć bez dobrej kawy, którą w tym miejscu pije się litrami, niczym wodę…

Dokładnie tak zaczął się poranek Richarda, bohatera książki, którą ostatnio przeczytałem. Ten dzień zapewne potoczyłby się podobnie do poprzednich dni na służbie. Wyjazdy do zdarzeń, szkolenia, obowiązki biurowe. Nie tym razem. Od chwili, gdy Richard wraz ze strażakami ze swojej jednostki zobaczył specjalne wydanie wiadomości w telewizji, nic już nie było takie, jak wcześniej. Od tamtej chwili zmieniło się całe jego życie. Był 11 września 2001 r.
Książka „Ostatni z żywych” opowiada o najważniejszej służbie w jego życiu. To skrupulatna relacja wykwalifikowanego strażaka, dowódcy batalionu o decyzjach przy tragicznych wydarzeniach
i najtrudniejszej akcji ratowniczej, w jakiej uczestniczył. Strażak opowiada o swoich myślach, obserwacjach, zachowaniu innych ludzi, a przede wszystkim o swoich działaniach, w których wykazał się niesamowitą odwagą, opanowaniem i zdecydowanie trzeźwym umysłem. Poznajemy go jako dowódcę batalionu, ale również jako mężczyznę, który jest ojcem, mężem, przyjacielem, kompanem.
Główny bohater opisuje heroiczne i bohaterskie działania strażaków oraz uczucia, jakie im towarzyszyły. Wielka siła i wola przeżycia. Miłość i pasja, a także lęk oraz strach przed śmiercią.

Dla mnie, jako strażaka, ta książka jest dobrą pozycją do przeczytania. Ciekawe są opisy dotyczące ówczesnej nowojorskiej Straży Pożarnej, specyfika pracy amerykańskiego strażaka, problemy resortowe oraz służbowe.
Opowieść Richarda to również hołd złożony poległym strażakom, którzy brali udział w akcji. Wielu z nich straciło życie, bo zdecydowali się nieść pomoc innym z własnego wyboru, nawet nie będąc na służbie. Tym samym pokazali swoje oddanie i wielki szacunek do zawodu, który wykonywali.

Wiecie, co? Podziwiam tego gościa i wszystkich strażaków biorących udział w akcji ratowniczej związanej z atakiem na WTC. Tak naprawdę, niezależnie czy służysz w dużej, czy małej jednostce, obojętnie
do jakiego zdarzenia jedziesz i jaką pełnisz funkcję, akcja ratownicza motywuje do tego, by dać z siebie zawsze sto procent poświęcenia i zaangażowania.

Grafka: http://www.ilpost.it/